Można nie chcieć.
Można nie chcieć etatu. Naprawdę można.
Stabilna praca. Umowa o pracę. Stała pensja. Składki. Urlop. Wyczekiwane 26 dni jak na zmiłowanie. Strach o horrendalnie niską emeryturę. Ubezpieczenie. Jasne,
Dla wielu osób to synonimy bezpieczeństwa.
I bardzo dobrze. Jeśli ktoś tego potrzebuje, lubi taki rytm i dzięki niemu czuje spokój — świetnie.
Tylko że istnieje też druga strona tej historii.
Można tego wszystkiego po prostu nie chcieć.
Można nie chcieć codziennie chodzić do pracy od ósmej do szesnastej. Można nie chcieć przez trzydzieści lat budować swojej tożsamości wokół jednego stanowiska, jednej organizacji, jednej pensji i jednego pracodawcy.
I nie oznacza to automatycznie, że jest się nieodpowiedzialnym.
Może oznaczać, że ma się inną definicję dobrego życia.
Stabilność jest tylko tak stabilna, jak długo istnieje
Często słyszymy, że etat daje bezpieczeństwo.
Owszem — daje pewne mechanizmy ochrony i przewidywalności. Ale nie daje gwarancji, że konkretna praca będzie istniała za rok, pięć czy dziesięć lat.
Firma może przeprowadzić restrukturyzację.
Może zlikwidować stanowisko.
Może zmienić właściciela.
Może uznać, że jesteś „nieproduktywny”, „niepasujący do kultury organizacyjnej” albo zwyczajnie zbyt drogi.
Może przestać istnieć.
Może też po prostu skończyć się Twój kontrakt.
Praca jest stabilna, dopóki jest.
I dlatego warto rozdzielić dwie rzeczy: stabilność zatrudnienia i bezpieczeństwo życiowe.
To nie jest dokładnie to samo.
Bezpieczeństwo można budować z wielu elementów. Z oszczędności. Z kilku źródeł dochodu. Z własnej działalności. Z pracy projektowej. Z sezonowych kontraktów. Z inwestycji. Z ubezpieczeń. Z odpowiedniego planowania składek i emerytury. Z ograniczenia kosztów życia. Z umiejętności, które można sprzedawać w różnych miejscach.
Nie każda osoba musi budować swoje bezpieczeństwo za pomocą jednego etatu.
Pieniądze można zarabiać w różnych konfiguracjach
To jest chyba jedna z najbardziej wyzwalających rzeczy, jakie można sobie uświadomić.
Nie istnieje jedna magiczna konfiguracja:
„Pracuję 40 godzin tygodniowo → dostaję pensję → płacę rachunki → odkładam → mam prawo do życia”.
Można inaczej.
Można pracować projektowo.
Można pracować sezonowo.
Można mieć kilka źródeł przychodu.
Można przez kilka miesięcy intensywnie pracować, a następnie przez kilka miesięcy zajmować się własnym projektem.
Można prowadzić konsultacje tylko wtedy, kiedy pojawiają się klienci.
Można sprzedawać własne produkty.
Można tworzyć.
Można uczyć.
Można prowadzić warsztaty.
Można pojechać na sezon zimowy do hotelu i pracować jako animatorka, a potem wrócić do domu i pisać książkę.
Można sprzedać kilka obrazów na wyprzedaży garażowej.
Można raz na jakiś czas zrobić konsultację dla osoby pracującej w korporacji.
Można połączyć pięć małych rzeczy zamiast jednej dużej.
I nagle okazuje się, że pytanie nie brzmi:
„Gdzie mam znaleźć etat za 7000 zł?”
Tylko:
„Jakiego życia potrzebuję i ile pieniędzy naprawdę potrzebuję, żeby je sfinansować?”
To jest zupełnie inne pytanie.
Nie musimy wszyscy zarabiać tyle samo
Bardzo często zakładamy, że istnieje jakaś magiczna kwota, od której zaczyna się „normalne życie”.
Tyle trzeba zarabiać.
Tyle trzeba mieć.
Tyle trzeba odkładać.
Tyle powinien zarabiać dorosły człowiek.
Tylko że pieniądze mają sens dopiero w kontekście konkretnego życia.
Dwie osoby zarabiające po 6000 zł mogą mieć zupełnie różną sytuację.
Jedna wynajmuje ogromne mieszkanie, ma samochód, kredyt, abonamenty, często podróżuje i wydaje dużo na jedzenie.
Druga mieszka taniej, nie ma kredytu, ogranicza koszty, gotuje w domu i nie potrzebuje samochodu.
Ich potrzeby finansowe są zupełnie inne.
Dlatego zamiast pytać:
„Ile powinnam zarabiać?”
czasami warto zapytać:
„Ile kosztuje życie, którego naprawdę chcę?”
A potem dopiero zastanowić się, jak tę kwotę zdobyć.
„Dziecko, ale jak tak można?”
Jedną z ciekawszych rzeczy w całej tej historii są reakcje innych ludzi.
Kiedy żyjesz trochę inaczej, wcześniej czy później ktoś zapyta:
„Ale jak tak można?”
Albo:
„A co z emeryturą?”
„A ubezpieczenie?”
„A składki?”
„A jak zachorujesz?”
„A co, jak nie będziesz miała pracy?”
To są czasami bardzo rozsądne pytania.
Ale mogą też stać się czymś zupełnie innym: próbą odebrania człowiekowi prawa do szukania własnego rozwiązania.
Bo przecież odpowiedź może brzmieć:
„Zajmuję się tym. Tylko robię to inaczej.”
Składki można rozwiązać inaczej.
Ubezpieczenie można rozwiązać inaczej.
Oszczędzanie można rozwiązać inaczej.
Emeryturę można planować inaczej.
Dochody można budować inaczej.
To wymaga wiedzy, planowania i odpowiedzialności. Nie jest romantycznym hasłem „rzucam wszystko i żyję wolnością”.
Ale inna konfiguracja jest możliwa.
I zanim powiemy komuś: „Tak się nie da”, może warto zapytać, czy naprawdę sprawdziliśmy, jak się da.
A co, jeśli rok nie pracujesz regularnie?
Mijający rok był dla mnie bardzo ciekawy właśnie dlatego, że nie wyglądał jak klasyczna kariera.
Nie pracowałam regularnie.
Nie dlatego, że od początku zaplanowałam sobie rok całkowitego odpoczynku. Część planów zawodowych po prostu się nie wydarzyła — mój letni kontrakt został odwołany w ostatniej chwili.
I nagle zostałam z czymś, czego normalnie bardzo się boimy:
z dużą ilością czasu.
Na początku może się to wydawać przerażające.
A potem zaczynasz widzieć, co ten czas właściwie robi.
Daje perspektywę.
Pozwala zobaczyć, jak naprawdę wygląda Twoje życie, kiedy nie jesteś cały czas zajęty.
Pozwala zauważyć, czego Ci brakuje.
Pozwala sprawdzić, czego wcale Ci nie brakuje.
Pozwala przemyśleć karierę od początku.
Pozwala pobyć w domu.
Pozwala pisać.
Pozwala tworzyć.
Pozwala zastanowić się, czy naprawdę chcesz wrócić do poprzedniego modelu.
Ja przez ten czas szukałam nowego pomysłu na swoją karierę zawodową.
I pisałam powieści.
Nie skończyłam ich jeszcze.
Ale to nie jest projekt, który można zrobić „przy okazji”.
Pisanie książki wymaga dyscypliny. Pomysłowości. Koncentracji. I pewnej powagi wobec własnej twórczości.
Ten rok dał mi możliwość potraktowania tego procesu naprawdę serio.
I właśnie dlatego nie uważam go za rok stracony.
Praca może być częścią życia, a nie jego konstrukcją nośną
To jest chyba najważniejsza rzecz, którą chciałabym powiedzieć po tylu latach prowadzenia Slow Kariery.
Praca nie musi być konstrukcją nośną całego Twojego życia.
Może być jednym z jego elementów.
Może finansować inne rzeczy.
Może być sezonowa.
Może być projektowa.
Może być twórcza.
Może być mała.
Może być intensywna przez kilka miesięcy i prawie nieobecna przez kolejne.
Możesz pracować dużo, kiedy masz energię, i mniej, kiedy potrzebujesz przestrzeni na inne rzeczy.
Możesz zarabiać pieniądze po to, żeby mieć czas.
Możesz też mieć mniej pieniędzy po to, żeby mieć więcej życia.
Nie ma jednej prawidłowej proporcji.
Bo po co właściwie pracujemy?
Dla mnie odpowiedź nigdy nie była wyłącznie finansowa.
Chcę robić rzeczy autorskie.
Chcę tworzyć własne rozwiązania.
Chcę robić rzeczy, które mają sens.
Chcę komuś coś ułatwić, ulepszyć, ubogacić.
Chcę pisać.
Chcę tworzyć projekty.
Chcę mieć wpływ na to, co powstaje.
Chcę mieć poczucie, że moja praca jest czymś więcej niż wymianą czasu na pieniądze.
I właśnie dlatego projektowy, sezonowy, nieoczywisty model pracy może dawać mi więcej niż klasyczny etat.
Nie dlatego, że jest łatwiejszy.
Wręcz przeciwnie.
Wymaga kombinowania.
Wymaga odpowiedzialności.
Wymaga pilnowania pieniędzy.
Wymaga uczenia się.
Wymaga tolerowania niepewności.
Ale daje coś, czego etat nie zawsze daje:
przestrzeń.
Nie odbierajmy sobie nawzajem możliwości
Możesz chcieć etatu.
Możesz chcieć własnej firmy.
Możesz chcieć pracy na pół etatu.
Możesz chcieć pracować sezonowo.
Możesz chcieć przez pół roku pracować, a przez pół roku tworzyć.
Możesz chcieć mieć trzy źródła dochodu.
Możesz chcieć zarabiać dużo.
Możesz chcieć zarabiać mniej i mieć więcej czasu.
Możesz potrzebować bezpieczeństwa.
Możesz potrzebować wolności.
I żadne z tych rozwiązań nie czyni Cię lepszym ani gorszym człowiekiem.
Dlatego kiedy ktoś mówi:
„Ja nie chcę etatu”,
niekoniecznie trzeba odpowiadać:
„Ale przecież musisz mieć stabilną pracę”.
Można zapytać:
„Dobrze. A jak chciałbyś zorganizować swoje życie zamiast tego?”
Bo może ta osoba naprawdę nie chce stabilności.
Może chce autonomii.
Może nie chce pewności.
Może chce możliwości.
A może potrzebuje jednego i drugiego, tylko w zupełnie innej konfiguracji.
Po dziesięciu latach Slow Kariery nadal najbardziej interesuje mnie właśnie to pytanie:
Czy naprawdę wybierasz swoje życie, czy tylko odtwarzasz model, który ktoś kiedyś uznał za bezpieczny i normalny?
Bo można żyć inaczej.
Tylko najpierw trzeba sobie pozwolić pomyśleć, że wolno.To ma moim zdaniem bardzo „Slow Karierę”: nie antyetat, tylko antyprzymus jednej definicji bezpieczeństwa. Jeśli chcesz, mogę też zrobić z tego bardziej ostrą, felietonową wersję — taką z większą ilością „Dziecko, ale jak tak można?” i pazurem.
