Rozdział mojej powieści ‘LUDZIE DUCHY’

#Stare_Iskry_Nie_Rdzewieją

#projekt_pisarski

#betareading

Drodzy! 🤍

Bardzo chcę Was zaprosić do przeczytania rozdziału “LUDZIE DUCHY” z mojego nowego projektu pisarskiego — powieści „Stare iskry nie rdzewieją”.

To książka osadzona na współczesnej polskiej wsi, ale nie tej pocztówkowej. Bardziej tej pełnej problemów, z których istnienia mieszkańcy nawet nie zdają sobie sprawy. Witajcie w kryjącej się na jednej ulicy miejscowości, w której żywe są takie problemy jak bycie NEET — za stwierdzeniem kryją się młodzi ludzie ani nie pracujący, ani nie studiujący czy bezwzględne wykorzystywanie przez nich systemu. Ludzie Duchy…

Główną bohaterką jest Jadzia, która razem z mężem prowadzi nowoczesną firmę zajmującą się uprawą roślin. Z zewnątrz jej życie wygląda stabilnie i dojrzale — poukładana codzienność. Wszystko zaczyna się jednak rozpadać, kiedy jej mąż trafia do więzienia za handel szałwią divinorum . Staje się ona identycznym człowiekiem duchem jak ci spod sklepu… Dotąd poważana i znacząca…

Zapraszam do czytania. Bardzo chętnie usłyszę, jakie emocje i skojarzenia wzbudzi w Was ten świat.

We wsi Wyręby Dolne widziani byli ludzie-duchy, którzy przemykali. Nie mieli jednego miejsca ani jednego czasu, nie mieli też wyraźnej funkcji, którą można by im przypisać bez zawahania. Byli jak cienie przesuwające się po drogach między sklepem a przystankiem, między parkiem a mostkiem nad wyschniętym rowem, między czyimś podwórkiem a niczyim polem. Można by nawet przypuszczać, że ich głos nawet ich samych nie obchodzi, ponieważ rozpraszał się gdzieś po drodze, zanim zdążył wybrzmieć do końca.

To byli ludzie, którzy całymi dniami włóczyli się po wsi, nie z przymusu, ale też nie z wyboru. Raczej z braku wyraźnej alternatywy. Pracowali czasem sezonowo — do ryszcza, do zbiorów, do sortowni, do gruszek, do winogron, gdzieś dalej, gdzie ktoś ich zawiózł busem o świcie i przywiózł nocą. Raz w roku, dwa razy, to dawało im kilkanaście tysięcy, które rozchodziły się powoli, jak woda w piasku. Na rachunki, na paliwo, na raty, na coś dla matki, na coś dla dziecka, na drobne przyjemności, które miały udawać nagrodę za wysiłek. Czasem starczało jeszcze na mikrowakacje, zdjęcia z morza, które potem krążyły po telefonach jak dowód, że jednak coś się wydarzyło.

Byli też tacy, którzy nie pracowali wcale. Nie dlatego, że nie chcieli, choć tak najłatwiej było o nich powiedzieć. Raczej dlatego, że nie mieli wzorca ruchu, który prowadziłby gdziekolwiek dalej. W ich rodzinach nikt nie wychodził poza to, co było pod ręką: przetwórnia, mleczarnia, magazyn, najniższa krajowa, umowy, które znikały razem z miesiącem. Praca była czymś, co się znosiło, nie czymś, co się wybierało. A skoro tak, to można ją było równie dobrze odłożyć na później, jak wszystko inne.

Ludzie mówili o nich różnie. Najczęściej krótko i bez cienia wątpliwości. Że leniwi. Że kombinatorzy. Że żyją na cudzy koszt. W Wyrębach Dolnych każde słowo miało swój ciężar, ale te słowa były lekkie, powtarzalne, zużyte. Nie zatrzymywały się na nikim dłużej. Spadały jak kurz i znikały w tej samej przestrzeni, w której znikali ludzie-duchy.

Bo oni nie żyli poza systemem. Oni żyli obok niego. Wystarczająco blisko, żeby widzieć, jak inni idą dalej — do pracy, do miasta, do swoich kredytów i planów — i wystarczająco daleko, żeby nie czuć, że to ich dotyczy. Ich życie było jak odroczony początek. Od poniedziałku. Od nowego roku. Po wakacjach. Jak tylko się coś ułoży. Jak tylko coś się skończy.

W tej przestrzeni rodziły się różne sposoby przetrwania. Nie zawsze eleganckie, rzadko oficjalne, często półwidoczne. Świadczenia przechodziły z pokolenia na pokolenie razem z wiedzą, jak je utrzymać. Babcia, dziadek, prababcia — każde z nich było nie tylko osobą, ale też punktem zaczepienia. Administracja znała te historie, ale znała je też wieś. I wieś milczała, bo milczenie było częścią układu.

Były matki, które rodziły dzieci wcześniej, niż zdążyły zrozumieć, co to znaczy być dorosłą. Układały swoje życie tak, by w papierach wyglądało inaczej niż w rzeczywistości. Partner był i nie był jednocześnie. Był w domu, ale nie na papierze. Wchodził późno, wychodził wcześnie, znikał na tyle skutecznie, by jego obecność nie miała administracyjnego znaczenia. Sąsiedzi wiedzieli, ale wiedza ta nie była wiedzą oficjalną. Była raczej zgodą na pewien porządek rzeczy.

Były dziewczyny, które od bardzo młodych lat rozumiały, że relacja może być formą zabezpieczenia. Starsi mężczyźni, bardziej ustabilizowani, z większymi możliwościami — pojawiali się naturalnie, jakby byli częścią tej samej infrastruktury, co sklepy i przystanki. Spotkania, prezenty, wyjazdy, drobne zobowiązania, które z czasem przestawały być drobne. Nie było w tym jednego wzoru, ale był pewien schemat, który powtarzał się z pokolenia na pokolenie, zmieniając tylko dekoracje.

Były też te, które znalazły przestrzeń gdzie indziej — w sieci, w pokojach oświetlonych ekranem, gdzie można było być kimś innym, dla kogoś, kto nie wiedział, skąd się jest. Tam granice były bardziej płynne, a tożsamość bardziej negocjowalna. Publiczność była daleko, język obcy, waluta przeliczalna. To dawało złudzenie kontroli, której brakowało gdzie indziej.

Niektóre rzeczy były bardziej przyziemne. Drobne kradzieże, nie tyle z potrzeby, co z pewnej gry, która miała swoje zasady i swoją historię. Opowieści o tym, jak kiedyś robiło się to łatwiej, jak świat był mniej czujny, jak wystarczyło zagadać, odwrócić uwagę, przejść obok. Teraz było trudniej, ale nie niemożliwie. Wymagało współpracy, wyczucia, momentu. I choć nikt się tym oficjalnie nie chwalił, to wiedza o tym krążyła, jak krążą wszystkie rzeczy, które nie mają prawa być nazwane wprost.

Byli też ci, którzy zarabiali w sposób, który trudno było uchwycić. Platformy, gry, zakłady, cyfrowe przepływy pieniędzy, które nie zostawiały śladów tam, gdzie zwykle się ich szuka. Formalnie byli gdzie indziej — ubezpieczeni, przypisani do gospodarstw, obecni w systemie na tyle, by nie wzbudzać podejrzeń. Faktycznie żyli w przestrzeni, która nie miała jasnych granic.

Od kwietnia do października wszystko to było mniej widoczne. Słońce rozciągało dzień, park dworski wypełniał się ludźmi, którzy mieli czas. Ktoś miał ule, ktoś kilka kóz, ktoś ogródek, który dawał więcej niż tylko warzywa. Miód, mleko, jajka, sery — drobne źródła dochodu, które składały się na coś w rodzaju życia. Do tego dochodziły świadczenia, dodatki, pieniądze, które przychodziły regularnie i znikały równie regularnie. W tym czasie można było uwierzyć, że wszystko jest w porządku, że to jest po prostu inny rytm.

Zimą było trudniej, ale to już inna opowieść.

Jadzia patrzyła na to wszystko z rosnącą uwagą. Odkąd stała się kimś, kim nie potrafiła nazwać, zaczęła widzieć więcej. Wcześniej była żoną Mietka, była częścią jego świata, jego firmy, jego planów. Miała swoje miejsce w biurze, swoje godziny, swoje zadania, które, choć miękkie, były jednak konkretne. Administracja, marketing, przepływ informacji — rzeczy, które nadawały dniom strukturę.

Teraz tej struktury nie było. Zostały decyzje, których nie rozumiała do końca, pełnomocnictwa, które niczego nie ułatwiały, i czas, który rozlewał się bez wyraźnych granic. Patrzyła na ludzi-duchy i zaczynała rozpoznawać w nich coś znajomego. Nie dlatego, że stała się jedną z nich z dnia na dzień, ale dlatego, że odkrywała, jak blisko zawsze była.

Oni mówili o przyszłości jak o czymś, co można przesunąć. Jeszcze nie teraz. Jeszcze chwilę. Jeszcze coś się wydarzy. Ich życie było zawieszone między tym, co było, a tym, co mogłoby być. Pomiędzy dzieciństwem a dorosłością, które nie chciało nadejść w pełnej formie. Nie byli poza światem. Byli tuż obok, patrząc, jak inni przechodzą dalej.

I w tym patrzeniu było coś spokojnego i coś niepokojącego jednocześnie. Jakby świat dzielił się na tych, którzy idą, i tych, którzy stoją, ale nikt nie potrafił powiedzieć, gdzie dokładnie przebiega granica.

Similar Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *