Dzisiaj, z perspektywy diametralnej zmiany stylu pracy, freelancing wydaje mi się rozwiązaniem idealnym. Tęsknię. I żeby mi ta tęsknota nie przysłoniła stanów, sytuacji i faktów, które freelancing przewiduje, piszę posta o tym, że ten model pracy (choć jak dotąd dla mnie najlepszy ze wszystkich mi znanych), miał swoje wady. Całe mnóstwo wad, minimalizowanych wskutek nowej, wymagającej sytuacji zawodowej.

W przypadku, gdy rozważasz pracę nad własny rachunek, nie popadaj w zbytnią fascynację wartościami i przywilejami, które się z nim wiążą. Mam tu na myśli wolność, swobodę i możliwość wyboru. To są elementy freelancingu, które robią najwięcej szumu. Na nich nie opiera się ten styl pracy. Opiera się on na równowadze, zdolności przewidywania sytuacji i współmiernej do starań / zaangażowania wycenie swojej pracy.

Wystarczy zajrzeć na freelancerskiego Instagrama, żeby dać się uwieść momentom i nagrodom. Nie chwalimy się momentami, które wymagają od nas wyjścia z sytuacji obronną ręką, łataniem dziur w budżecie ani nieporozumieniami z klientami. 

Postawienie na siebie nie może wiązać się z naiwnością. Marzenia spełniają się wtedy, gdy podejdzie się do nich strategicznie. 

Osobiście nie zrezygnowałam z freelancingu. Bardzo intensywnie angażuję się teraz w pisanie dwóch e-booków, co jest częścią tworzenia mojej marki. Pierwszy z nich traktuje o przeprowadzce na wieś – sielskim życiu, które sprzyjało odkryciu zawodowego powołania. Drugi jest zapisem funkcjonowania freelancerki w systemie – to eksperyment socjologiczny. Dystansuję się do wszystkiego, co było cenne w doświadczeniach ostatnich dwóch lat. Po co? Kiedy jesteś w środku, blisko, w samym sercu tracisz obiektywny ogląd sytuacji. Urządziłam sobie audyt. Czyszczę. Wiem, że moja marka kiedyś wróci do domu. Nie będzie to jednak dom rodzinny z energią tych, którzy nie respektują mojej definicji zawodowej wolności. Podjęłam możliwie najlepszą decyzję. Każdy dzień zbliża mnie do mojego Domu. Do miejsca, gdzie moja marka się rozgości na dobre. Może będzie to Slow Kariera, a może zajmę się zupełnie czymś innym. Nie wiem, cieszę się, że pierwsze zetknięcia z tematem mam już za sobą. 

Ostatnie 2 lata były intensywne, pouczające i twórcze. Pozwoliły wypracować coś, co nie rozwinęło by się w jakichkolwiek innych warunkach – sielską markę, specjalizującą się w slow marketingu i treningach poziomej kariery.

Był czas poukładać doświadczenia ostatnich 5 lat. Poukładać i przemielić przez maszynkę rynku – zapotrzebowania i trendu. Dobre pomysły wymagają zarówno czasu, przekonania, jak i cierpliwości. Miałam to niebywałe szczęście, zrobić coś pod własne dyktando. 

Co nie zmienia faktu, że niezmiennie i systematycznie irytowali / irytowało mnie:

– Klienci, którzy liczyli na to, że rozpocznę pracę i dostarczę im wartość, zanim zapłacą mi zaliczkę.

– Brak weny wtedy, gdy nawarstwiało się zleceń i oszałamiająca wena występująca w momencie posuchy.

– Klienci, którzy powoływali się na życzliwe hasła, po czym nie płacili za usługi. Rekordzistką jest pewna właścicielka modnej i etycznej knajpki z okolicy ulicy Twardej w Warszawie, która po zapewnieniach o swojej uczciwości nie uregulowała należności. 

– Strona formalna – administracja, przepisy, kwestie urzędowe. Zarówno praca na umowę o dzieło / zlecenie, jak i bycie podpiętą pod jakąś agencję kreatywną, nie zwalnia z obowiązku pilnowania czy aby wszystko się zgadza. Strona formalna zawsze była dla mnie zawiła i niechętnie przykładałam do niej rękę. Szłam na łatwiznę, płynęłam na fali.

– To, że potrafiło zabraknąć mi przysłowiowej stówy do pierwszego. „Pierwszy” nijak mnie nie zobowiązywał, ani nie ratował. Bywały momenty, w których pieniądze były potrzebne na już, a przelew miał przyjść jutro. Były to sporadyczne sytuacje, uczące dyscypliny finansowej. 

– Niezrozumiała korelacja pomiędzy zaangażowaniem, a zyskiem. Działania sprzedażowe, dbałość o systematyczność i komunikacja z potencjalnymi klientami nijak miała się do odnotowywanych przychodów. W czerwcu prawie nie kiwnęłam palcem, a nie wiedziałam, co robić z sianem. Natomiast jeden intensywny lipiec sprawił, że gdyby nie fakt, że mieszkałam u mamy, nie miałabym z czego zapłacić czynszu. Do dziś nie rozumiem tych zależności, nauczyły mnie one jednak odkładać nadwyżki. Kilka przyzwoitych przelewów pod rząd może sprawić, że zakręci Ci się w głowie. Warto się wynagrodzić za to, co udało się dokonać, jednak wydawanie wszystkiego na „hurra”, „bo na to w końcu tyrałam, ku chale wolności” może doprowadzić do późniejszych dziur budżetowych.

– Brak akceptacji takiego stylu pracy ze strony tych, którym zależało na tym, bym się usamodzielniła. Mimo, że byłam w pełni niezależna – finansowo, decyzyjnie i emocjonalnie. Zachowanie w stylu ‚Idź być dorosła gdzie indziej.’ 

– Ciągłe pytania ‚Kiedy w końcu znajdę sobie „normalną” pracę i dlaczego nie potrafię „żyć jak ludzie / jak się należy”.

– Współczucie dla mojej sytuacji, ubolewanie i pełne politowania życzenia „Poukładania sobie życia.”

– Świadomość tego, że gdybym na studiach zaczepiła się na jakiejś posadce, po takim czasie mogłabym już dorobić się stanowiska managerskiego. Towarzyszyło mi lekkie poczucie straty związane z tym, że gdzie indziej mogłabym zostać bardziej doceniona. 

Tak było. Oczywiście w Twoim przypadku może być inaczej. I życzę Ci tego. Ja piszę o tym, czego nie powiedzą Ci w mediach promujących pro-aktywność. Po zmianach wszystko wygląda inaczej. Będziesz mieć tak, jak sobie zorganizujesz i na co się zgodzisz. Ja nie mogłam dłużej godzić się na pracę w warunkach szkodliwych. 

Jeśli decydujesz się na zostanie freelancerką / freelancerem dla własnego dobra wyjaśnij najbliższym, z czym to się wiąże. Powiedz, że to dla Ciebie kwestia wyboru, a nie przypadku. Pojmą, nie pojmą, może przynajmniej będą inaczej do tego podchodzić. Pracę można sobie zaplanować i rozłożyć siły na zamiary. Co do Klientów – to tacy sami ludzie, jak my, tyle, że po drugiej stronie faktury ; )